Bycie kobietą ma nieskończenie wiele dobrych stron, krótką pamięć lub nadchodzącą amnezję można zawsze wytłumaczyć kobiecym roztargnieniem. Ewa Kryszkiewicz
Fot: BE&W
Wulkan energii, nieposkromiony temperament i niezwykła radość życia. Sama, określa się mianem „molekuły szczęścia". Aktorstwo jest jej pasją i wielką, odwzajemnioną miłością. Od lat zaskakuje swoimi kolejnymi wcieleniami scenicznymi i filmowymi. Wzrusza, bawi, wprawia w zadumę... Emilia Krakowska - wybitna i jedyna w swoim rodzaju.
Małgorzata Pisula: Odnoszę wrażenie, że los bardzo wcześnie zaplanował bujną drogę artystyczną Emilii Krakowskiej. Postanowiła Pani zostać aktorką mając zaledwie osiem lat. Jak rodziła się Pani wielka miłość do teatru, kina?
Emilia Krakowska: Rzeczywiście, los bardzo wcześnie wytyczył mi szlaki, po których wędrowały moje dziecinne marzenia. Wychowano mnie w duchu wyjątkowego szacunku i kultu dla sztuki. Ogromna w tym zasługa mojej mamy, która była niezwykłą kobietą. To właśnie ona rozbudziła we mnie miłość do muzyki, poezji, malarstwa, a przede wszystkim pokazała mi, jak bardzo oddziałują one na wyobraźnię i rozwój wewnętrzny każdego z nas. Jestem jej bardzo wdzięczna za ten hojny posag i wiem, że to najcenniejsze, co mogła mi podarować. Oprócz swojego wielkiego matczynego uczucia, oczywiście. Mając osiem lat, oznajmiłam jej, że chcę zostać aktorką. Nie zbagatelizowała mojej deklaracji, przeciwnie, od razu odbyła ze mną poważną rozmowę. Powiedziała, że osiągnę cel, jeśli będę bardzo konsekwentna i nauczę się obserwować świat wokół siebie oraz przechowywać w swojej pamięci rozmaite doświadczenia. Bo nigdy nie wiadomo, na jakich emocjach będą bazowały role, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć. Im bogatsze będzie moje wnętrze, tym ciekawsze metamorfozy zaprezentuję na scenie. Cóż, miała rację. Wybrałam zawód, w którym człowiek stale się zmienia i musi posiąść zdolność współodczuwania z innymi. To trudne zadanie. Trzeba w odpowiednim momencie zajrzeć w głąb siebie i czerpać z tego garściami. Tylko wtedy ma to sens.
M.P.: Kilka lat później Pani marzenia zostały wystawione na ciężka próbę. Za udział w awangardowym, jak na owe czasy, spektaklu „Maria" Malczewskiego, została Pani relegowana z poznańskiego Liceum im. Dąbrówki i zesłana na „wygnanie edukacyjne" do Drezdenka. Przyznaję, że ta historia brzmi imponująco.
E.K.: Do tego „zesłania", jak je Pani określiła, przyczyniło się kilka wydarzeń. Pierwszym z nich był konkurs recytatorski zorganizowany w moim liceum. Spośród 25 uczestników jury wyróżniło aż 24 osoby. Mnie, jako jedynej, nie przypadła w udziale żadna nagroda, co wywołało falę protestów i oburzenie całej mojej klasy. Członkowie komisji chcieli mi utrzeć nosa, bo według nich byłam zbyt pewna siebie, obnosząc się ze swoim talentem i interpretacją tekstu Adama Mickiewicza „Rękawiczka" wg. Schillera. Była to pierwsza tak sroga i niezrozumiała dla mnie ocena. Nie ukrywam, że te słowa sprawiły mi przykrość i nie były sprawiedliwe. Jednak akceptacja oraz aplauz kolegów, dały mi wiele do myślenia i zniwelowały trochę gorycz całej sytuacji. Kolejnym incydentem, który jeszcze bardziej wszystko skomplikował był mój udział w spektaklu grupy amatorskiej, stworzonej przez wybitnego poznańskiego aktora i reżysera Łucjana Rabskiego. Właśnie on, jako jeden z pierwszych pokazał mi, czym jest teatr, jak się w nim odnaleźć i poruszać. Spod jego skrzydeł wyfrunęło wielu znakomitych artystów m.in. Tadeusz Malak (obecnie aktor Teatru Starego w Krakowie), Romuald Szejd, Zdzisław Wardejn i Andrzej Antkowiak. Wracając do Pani pytania, to statystowanie w spektaklu "Maria" przypieczętowało moje wydalenie ze szkoły. Jeden z profesorów zobaczył mnie w nim i zgłosił to dyrekcji. Swoją drogą, rozpoznał mnie chyba po nogach, bo występowałam w masce (śmiech).Konsekwencją tego wszystkiego był wyjazd do Drezdenka. Patrząc na to z perspektywy minionych lat, stwierdzam, że był to jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Podpiszę się tu pod starą prawdą: „ Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Spotkałam w tym uroczym miejscu ludzi, którzy zostawili piękny ślad w mojej psychice. Wyzwolili ekspresję i utwierdzili w przekonaniu, że warto być wierną sobie i śmiało podążać obraną drogą.
M.P.: Podobno w trakcie egzaminu do warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, swoją interpretacją prozy i poezji wywołała Pani łzy wzruszenia w oczach wyjątkowo surowych przedstawicieli komisji egzaminacyjnej m.in.: Jana Kreczmara, Kazimierza Rudzkiego oraz Ludwika Sempolińskiego Miała Pani świadomość, że to wielki wyczyn i niezwykły omen?
E.K.: Nie oceniałam tego w takich kategoriach. Solidnie przygotowywałam się do tego egzaminu. Prezentacja przed komisją była w pewnym sensie ukoronowaniem moich wysiłków. Czekałam na ten moment jakieś 10-11 lat. Z pełną świadomością wygłosiłam teksty ze swojej listy. Zrobiłam to przed ludźmi, którzy byli nie tylko wybitnymi osobowościami, ale też doskonale znającymi się na swojej pracy rzemieślnikami. Wyczulonymi na każdy fałsz, premiującymi styl i umiejętność bycia wiarygodnym. Pamiętam, że kiedy skończyłam, prof. Perzanowska powiedziała z uznaniem: „... aleś nas wyprowadziła w pole...". To była nagroda, o jakiej wcześniej nawet nie śmiałam marzyć. Wspominałam, że podchodziłam do swojej pasji bardzo serio. Wszystko odbywało się w tym moim artystycznym świecie etapowo, jeden ruch był następstwem poprzedniego. Miałam już jakieś doświadczenia na swoim koncie. Długo występowałam między innymi na scenie Filharmonii Kameralnej w Poznaniu, gdzie moja matka chrzestna grała na klawesynie, a ja recytowałam poezję Villona. Już wtedy zdarzało mi się usłyszeć, jak prof. Stuligrosz mówił do prof. Wiłkomirskiego, że to dziecko dobrze rokuje. Nie przywiązywałam się jednak do tych opinii, dalej robiłam swoje, zamieniałam się w tytana pracy. Byłam szczęśliwa, że przebywam, a raczej raczkuję w tym środowisku i każdego dnia jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Dzisiaj, kiedy przesłuchuję młodych ludzi, pragnących być aktorami, dziwi mnie ich ograniczone pole zainteresowań. Odnoszę wrażenie, że oni chcą się tylko za wszelką cenę „pokazać", wygłosić swoją kwestię tak, żeby być zapamiętanym, wręcz szokować, koniecznie zrobić coś na przekór wszystkim i wszystkiemu. Staram się wyprowadzać ich z błędu i pokazuję im, że bez elementarnej wiedzy o literaturze, a zwłaszcza poezji, są ubożsi, mniej barwni. Uważam, że sztuka powinna towarzyszyć człowiekowi od urodzenia, by nieustannie go rozwijać.
M.P.: Jak ocenia Pani swój czas zawodowy po obronie dyplomu? Czy świat teatru i kina przyjął Panią z otwartymi ramionami?
E.K.: Hmm, był to okres wzlotów i upadków. Świetnie obroniłam dyplom i miałam wyjechać do Gdańska. Moje plany pokrzyżowało jednak uczucie. Pod koniec studiów wyszłam za mąż i miłość zatrzymała mnie w Warszawie. Zostałam bez angażu. Koledzy pukali mi w czoło, krzyczeli, że zaprzepaściłam swoja szansę, zbezcześciłam zdobytą wiedzę. Moja decyzja oburzyła także ówczesnego rektora Jana Kreczmara, który przestał się do mnie odzywać. Z lubianej, cenionej studentki przeistoczyłam się w niewidzialną istotę (śmiech).
M.P.: Jednak udało się Pani odpokutować winę i nie zaprzepaścić pokładanych w niej nadziei?
E.K.: Nie poddałam się i wzięłam sprawy w swoje ręce. Zdecydowałam się na spotkanie z dyrektorkami Teatru Ziemi Mazowieckiej. Mąż oniemiał. Jak na zakochanego mężczyznę przystało uważał, że zasługuję na dużo więcej i niepotrzebnie tracę energię na takie przedsięwzięcia. Nie przyznałam mu racji. Po przesłuchaniu, panie: Berwińska i Wróblewska, podkreśliły, że są pod wrażeniem moich możliwości, ale w tym momencie nie mają dla mnie żadnej propozycji. Przyznaję, że kolejna porażka uruchomiła we mnie lawinę łez. Paradoksalnie, bardzo mnie to jednak zahartowało, nie międliłam w sobie goryczy i żółci. Czułam, że nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Bardzo pomógł mi w tamtym okresie Adam Hanuszkiewicz. Obiecał angaż, jak tylko coś się u niego zwolni. Kazał mi pracować, ćwiczyć, nie wychodzić z wprawy. Po roku zaoferował mi zastępstwo w „Weselu" Wyspiańskiego. W trakcie przygotowań do kolejnego spektaklu, koleżanka wspomniała mi w garderobie, że pytały o mnie dyrektorki Teatru Ziemi Mazowieckiej, bo coś dla mnie mają. Natychmiast skontaktowałam się z nimi i dowiedziałam się, że robią adaptację „Chłopów" Reymonta z okazji 10-lecia swojego sceny. Okazało się, że widzą mnie w roli Jagny. Zaczęłam próby i byłam bardzo szczęśliwa. Nareszcie mogłam eksperymentować, poszukiwać, rozsmakować się w tym wspaniałym materiale literackim. A potem przyszedł film Jana Rybkowskiego.
M.P.: No właśnie, rolą Jagny z adaptacji filmowej i telewizyjnej „Chłopów" Jana Rybkowskiego zaskarbiła sobie Pani uznanie oraz bezgraniczną miłość widzów. Darzy ją Pani szczególnym sentymentem?
E.K.: Jagna jest mi bardzo bliska. Zapoczątkowała bardzo owocny okres w moim życiu zawodowym. Czułam się ogromnie zaszczycona tym, że zostałam zaproszona do tego projektu. Na planie spotkałam się z wielkimi aktorskimi tuzami: Władysławem Hańczą, Jadwigą Chojnacką, Barbarą Ludwiżanką, Ignacym Gogolewskim. Nawet do najdrobniejszego epizodu były angażowane chluby teatru polskiego. Ich obecność oraz przyjazna atmosfera towarzysząca realizacji filmowej wielkiej literatury Reymonta, trochę peszyła, ale była też dla mnie ogromnym wyzwaniem.
M.P.: Czy to prawda, że Jagnę pierwotnie miała zagrać Anna Seniuk, a Pani przypadła w udziale rola Hanki?
E.K.: Prawda (śmiech). Zagadkowe te koleje losu. Ania Seniuk zrezygnowała z roli Jagny dla miłości do swojego męża. Miała wtedy inne priorytety i trudno jej było pogodzić uczucie z pracą. Doskonale to rozumiałam. Sama wielokrotnie kiedyś postąpiłam podobnie. Miałam jednak do Ani mały żal. Czekałam na to nasze spotkanie na planie i miałam ogromny apetyt na stworzenie wyrazistego portretu Hanki. Fenomenalnej, dzielnej kobiety, jakże dzisiaj aktualnej. Finalnie, reżyser powierzył mi rolę Jagny, którą wcześniej zagrałam ponad sto razy na deskach teatru.
M.P.: Uważa Pani, że to szczęśliwy przypadek? Tomasz Raczek określił tę rolę, jako niesłychanie wyrazistą i rewolucyjną. Teoretycznie nie powinniśmy jej lubić, ale była tak ciekawa, mięsista i prawdziwa, że nie sposób było ją odrzucić.
E.K.: Tak, widocznie byłyśmy z Jagną sobie pisane (śmiech). Weszłam w tę postać z pełną świadomością. Dużo o niej wiedziałam, wielokrotnie analizowałam jej zachowania, wybory. Formowałam ją solidnie do tego przygotowana. Nie było tu mowy o żadnej przypadkowości. Tworząc ją mogłam także liczyć na wsparcie i pomoc starszych kolegów, moich mistrzów. Po raz kolejny przekonałam się, że tylko to, co wypływa z naszego wnętrza i bazuje na umiejętności przewidywania takich czystych ludzkich reakcji, zyskuje zaufanie widza, jest autentyczne.
M.P.: Czy takie wielobarwne role nie są też pewnego rodzaju przekleństwem i szufladą, do której można wpaść na długie lata. Z jednej strony przynoszą uznanie i dodają skrzydeł, a z drugiej marginalizują sposób myślenia reżyserów o aktorce?
E.K.: Oczywiście, byli reżyserzy, którzy oferowali mi role o podobnym ładunku emocjonalnym i formie.. Mówiłam wtedy stanowczo: „Jagnę już zagrałam, ten rozdział jest zamknięty". Trochę ironizując dodawałam też :"... poproście Jana Rybkowskiego, by wyciął moje sceny i wklejcie je do swojego filmu, po co mam robić drugi raz to samo i jeszcze brać za to gażę. To nieetyczne (śmiech)".Uciekałam i wytyczałam sobie nowe cele, próbowałam swoich sił gdzie indziej, m.in. na estradzie. Nie pozwalałam wrzucać się do jakiejkolwiek szuflady.
M.P.: Spotkanie z Andrzejem Wajdą i słynne role w „Brzezinie", „Weselu ", „Ziemi obiecanej", czy wyrazistym obrazie „Bez znieczulenia" ustawiły poprzeczkę Pani oczekiwań niebotycznie wysoko?
E.K.: Fakt, że miałam szansę pracować z Andrzejem Wajdą, czyni mnie wielką szczęściarą.
Podpatrywanie jego stylu pracy, nobilituje aktora i pozwala mu wspiąć się na wyżyny swojego kunsztu. Wszystko, co dzisiaj robię, z czym walczę jest między innymi wynikiem spotkania z nim. To reżyser, który potrafi skupić wokół siebie utalentowanych ludzi i w odpowiednim momencie wydobyć, to co w nich najlepsze. Robi to mistrzowsko. Przypisuje wszystkim taką sama rangę, nikogo nie ignoruje, każdego cierpliwie słucha. Czasami znika niepostrzeżenie, by dać nam szansę pogrzebania w swoim wnętrzu i na wydobycie innego kolorytu pomysłów. Sadzę, że właśnie na tym opiera się filozofia jego myśli, system odczuwania sztuki. Role, które u niego zagrałam pozwoliły mi przekroczyć kolejny stopień wtajemniczenia. Wzmocniły mnie w podejmowaniu najtrudniejszych wyzwań zawodowych i jeszcze bardziej na nie otworzyły.
M.P.: Powiedziała Pani kiedyś: „Im lepszą jestem aktorką, tym jestem szczęśliwsza".
Co kryje się za tymi słowami?
E.K.: To, że jestem aktorką uwrażliwia mnie na rzeczy, które być może ignorowałabym zajmując się czymś innym. Kocham ten teatr w sobie. Wcielanie się w rozmaite role i odtwarzanie ich. Przenoszę się dzięki temu do przeróżnych światów. Czasem szczęśliwszych, czasem okrutnych, podłych. Każdy z nich wzbogaca mnie, jako człowieka. Jest, jak powietrze, bez którego nie sposób żyć. Im bardziej się spalam, tym czuję się pełniejsza i szczęśliwsza. Doceniam także zespołowy charakter mojej pracy, tę swoistą empatię z innymi ludźmi. Poczułam jej magię bardzo wcześnie. Urodziłam się vis a vis kościoła, w którym odbywały się tradycyjne misteria i byłam nimi zafascynowana. A przecież te sakralne obrzędy są w pewnym sensie nauką rządzenia społeczeństwem, władaniem duszami, funkcjonowaniem w wielkiej wspólnocie.
M.P.: Pani zdaniem kontakt ze sceną, praca na planie, aplauz publiczności są w stanie zminimalizować życiowe rozczarowania i przenieść obolałą dusze w inne rewiry? Działają jak solidny zastrzyk energii?
E.K.: Teatr pozwala zachować pewien dystans. Pomaga zrozumieć, że z tych niedobrych doświadczeń także można czerpać karmę. Moja matka powiedziała mi kiedyś, że w trudnych czasach trzeba się przytulić do sztuki. Ona przynosi ukojenie, daje siłę przetrwania i goi rany.
M.P.: Pani koleżanki, mówiąc o Pani prześcigają się w określeniach: charyzmatyczna, kobieca, nieposkromiony temperament, ujmujący dystans do siebie i wieczna młodość. Co jest motorem napędowym Pani życia?
E.K.: Cieszą mnie te ciepłe słowa i sympatia, jaką okazują mi koledzy. Ma to dla mnie dużą wartość. Pyta Pani, co jest motorem napędowym mojego życia... Odpowiem prosto. Praca, która jest pasją, ciekawość świata i dzieci - moja miłość, największy sukces.
M.P.: Podobno najważniejsze jest to, by dążenie do sukcesu nie zawładnęło bezgranicznie życiem. Pani udowodniła, że można czuć satysfakcję z pracy i nie przegapić tego, co najważniejsze w życiu kobiety: szczęścia bycia matką.
E.K.: Trzeba znać swoje miejsce i nie tracić kontaktu z rzeczywistością.. Nie można pozwolić opętać się pragnieniom, dążyć do celu, kosztem najbliższych, To prędzej, czy później zemści się na nas. Macierzyństwo jest wielkim darem. Pragnęłam, by moje córki miały we mnie oparcie, czuły się szczęśliwe, akceptowane, mogły rozwijać swoje zdolności. Chciałam im stworzyć dom, do którego będą chętnie wracały. Taką bezpieczną przystań.
M.P.: Czy jest rola, o której Pani marzyła i chciała ją zagrać, a nie udało się?
E.K.: Tak, oczywiście. Jednym z pierwszych spektakli, które oglądałam w Teatrze Polskim w Poznaniu była „Balladyna", z fenomenalną Zofią Rysiówną w roli tytułowej. Tak bardzo poddałam się magii, którą stworzyła na scenie, jej kunsztowi aktorskiemu, że zapragnęłam być taka, jak ona. Już, jako ośmiolatka zaczęłam ją naśladować i odtwarzałam w domu scenę, w której Balladyna wspina się na więżę, by zabić Grabca. Wdrapywałam się na trzecie piętro mojej kamienicy i zjeżdżałam ze schodów. Dzięki temu klatka schodowa wprost lśniła i była wypolerowana od moich popisów. Podobnie robiłam w szkole tańca Marceli Hildebrandt -Pruskiej, do której uczęszczałam. Na przerwach odgrywałam rozmaite fragmenty przedstawienia przed rówieśnikami. Nie obyło się bez małej sensacji. Wcielając się w postać ducha Aliny, kroczyłam korytarzem z dzbanem malin. W pewnym momencie usłyszałam rozpaczliwy krzyk mojej nauczycielki: "Jezu, ona trzyma wazę z epoki Ming". Dla mnie była to zwykła skorupa. Byłam urażona, że z tak błahego powodu przerwano mi pełen przeżyć popis. Potem, kiedy byłam niegrzeczna, mama zwracała się do mnie - „Ty Balladyno" (śmiech). Bardzo to do mnie przylgnęło.
Masz w sobie żyłkę hazardzistki? Już niebawem będziesz mogła pomóc swojemu szczęściu!
WięcejNajświeższe newsy, porady i wywiady z gwiazdami bezpośrednio na Twój e-mail! Konkursy i niespodzianki specjalnie dla subskrybentów. Zapraszamy!
Komentarze
+ dodaj komentarz Masz swoje zdanie? Przedstaw je! Komentuj zgodnie z Regulaminem serwisu